Ghost Towns - wymarłe miasteczka na Dzikim Zachodzie ;)

Po przygodzie w Mieście Aniołów czekała nas emocjonująca wycieczka po słynnej historycznej drodze Route 66. To był z całą pewnością jeden z tych odcinków naszego road tripu po USA, którego nie mogłam się doczekać najbardziej. Pierwszy raz miałam bowiem poprowadzić auto nie dość, że wypożyczone w Stanach to jeszcze z automatyczną skrzynią biegów i na dodatek po Drodze-Matce, która została otwarta w 1926 r. i w przeszłości łączyła Chicago z LA. W 1936 r. zdecydowano się ją jednak przedłużyć aż do Santa Monica. Droga biegnie przez większą część Stanów, cały Dziki Zachód, prowadząc przez lllinois, Missouri, Kansas, Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę oraz Kalifornię. Dziś jest już trochę zniszczona i mocno wysłużona, dlatego nie ma tu dużego ruchu samochodowego. Z dala od ruchliwych ogromnych amerykańskich skrzyżowań czułam się pewniej i mogłam sobie pozwolić na małe szaleństwo za kierownicą;). Odcinek drogi, który przemierzaliśmy jest najlepiej zachowanym na całej trasie Route 66. Pierwszym przystankiem na najważniejszej z amerykańskich dróg był mały pub o wdzięcznej nazwie Bagdad Cafe. Droga 66 słynie z tego, iż co jakiś czas zauważyć można przy niej małe klimatyczne puby, w których najchętniej zatrzymują się odziani w skóry motocykliści na swoich ogromnych lśniących Harleyach. Mała knajpka wywarła na nas ogromne wrażenie. Zatrzymaliśmy się na  chwilę odpoczynku, a po krótkiej rozmowie z właścicielem lokalu okazało się, że pub był kiedyś miejscem kręcenia jednego z amerykańskich filmów o Drodze 66










Po wpisaniu się do księgi pamiątkowej ruszyliśmy w dalszą trasę :). Naszym celem było dotarcie do jednego ze słynnych Ghost Towns, czyli wymarłych westernowskich miasteczek, gdzie oprócz turystów nie można spotkać ani jednego żywego ducha... Takie miejsca mają swój klimat, tworzą coś na kształt skansenów, gdzie można się poczuć jak kowboj przemierzający Dziki Zachód. Spędziłam ok. 3 h za kierownicą, za oknem upał niemal nie do wytrzymania, a wewnątrz wcale nie lepiej. Mimo wszystko w ogóle nie byłam zmęczona jazdą, wręcz przeciwnie, ciągłe mi było mało (i z żalem pod koniec trasy oddałam Monice kluczyki ;p). Kończąc podróż dotarliśmy do Ghost Town, które nazwałam mianem "osiołkowa". Dlaczego? Zobaczcie sami.








                                                  Urocza naklejka "Don't feed me" ;)





Powiedzcie sami? Czyż te maleństwa nie są słodkie? <3 Jeden z nich chyba aż za bardzo nas polubił i sprytnie próbował zwęszyć coś do jedzenia w aucie. Musiałam się zatrzymać :D. 


Poniżej kilka zdjęć z innego Ghost Town, które odwiedziliśmy troszkę wcześniej.











Taka odsłona Stanów Zjednoczonych bardzo przypadła mi do gustu:). Może pokuszę się by zobaczyć kilka westernów więcej:). Kolejny wpis już niebawem. Pozdrawiam!

S

Komentarze

  1. Mow sobie co chcesz, ale osiołek skradł moje serce :)
    Pozdrawiam,
    fit-healthylife.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Malaga i okolice Costa del Sol - chłonąc andaluzyjskie klimaty...

Długi weekend w Trójmieście - jesień nad polskim morzem!

Granada - śladami kultury mauretańskiej