"Everybody comes to Hollywood..." ;)!

Kolejnym etapem naszej podróży było kalifornijskie Los Angeles. Nawet nie śniłam, ze kiedykolwiek się tu znajdę;). Miasto Aniołów przywitało nas wysoką temperaturą oraz żarem lejącym się z nieba. Wilgotne powietrze i ostre słońce przekonały mnie do zainwestowania w słomkowy kapelusz... spalone włosy regenerują się długo więc wolałam chuchać na zimne. Po noclegu spędzonym w hostelu mieliśmy dość siły na dalsze podbijanie USA. W Los Angeles planowaliśmy zobaczyć przede wszystkim słynną "Hollywood Walk of Fame" czyli "Ścieżkę Sławy", a także Beverly Hills, które podobnie jak Hollywood stanowi jedną z dzielnic LA. Spacer rozpoczęliśmy sprzed słynnego Teatru Dolby. To tutaj przyznawane są prestiżowe nagrody dla twórców oraz aktorów najwybitniejszych filmów roku - Oscary. Wzdłuż ulicy, przy której znajduje się teatr zaobserwować można wbite w chodnik złote gwiazdy z imieniem i nazwiskiem sławnych osobistości ze świata filmu oraz muzyki. Właśnie ta aleja określona została mianem "Hollywood Walk of Fame".




Dolby Theatre - to tutaj rozdawane są Oscary



Oczywiście nie mogłam oprzeć się pokusie zrobienia zdjęć gwiazdom moich dwóch ulubionych artystów: Carlosa Santany (kocham jego przeboje w stylu latynoskiego rocka) oraz nieśmiertelnego Patricka Swayze'iego.



W dzień, w który dotarliśmy do Miasta Aniołów wzgórza Hollywood nie były do końca przejezdne, tak więc ze względu na ograniczony czas zadecydowaliśmy zrobić sobie jedynie kilka zdjęć z oddali, z zapierającą dech w piersiach panoramą wzgórz i "Hollywood Sign" oraz przejechać się do kolejnej dzielnicy - Beverly Hills - znanej z przepięknie zaprojektowanych willi sławnych osób przy alei "Rodeo Drive". Zieleń, sięgające nieba palmy i wszechogarniająca cisza sprawiają, iż to miejsce stanowi raj do życia. Spacer po okolicy pozwolił rozkoszować się egzotycznym widokiem i snuć abstrakcyjne (a może właśnie wcale nie;) ) plany o zamieszkaniu tutaj za parę lat.


Hollywood Sign










Niestety cenny czas uciekał zdecydowanie za szybko a przed nami były jeszcze setki kilometrów do pokonania... Dziki Zachód, wymarłe westernowskie miasteczka i jazda historyczną 66 Route, dziki krajobraz, który pozostanie w mojej pamięci do końca życia... z żalem musieliśmy się więc pożegnać z miastem, jego przyjemnym klimatem i cudowną "Fabryką Snów". Dalsze przygody czekały już na horyzoncie. Wsiedliśmy więc do Toyotki i ponownie ustawiliśmy nasz elektroniczny przewodnik - GPS. Jaki był następny cel podróży? O tym już w kolejnym wpisie;).

Komentarze

  1. Nowe miejsca to nowe wrażenia, niezła relacja ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham Patrica, aż szkoda, że odebrano nam taką wielką gwiazdę :(
    Pozdrawiam,
    fit-healthylife.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tournee po krainie bajkowych widoków

Lekkie przekąski na uczelnię/ do pracy...

Jak się spakować na dłuższy wyjazd - praktyczne wskazówki