USA Road Trip 2014 - Grand Canyon of Colorado

Po kilkudniowej przygodzie w San Francisco nadszedł czas na nasz wielki, wymarzony Road Trip po USA. Niezapomniane emocje i liczne przygody do dziś nie pozwalają mi powrócić do rzeczywistości;). Pustynny krajobraz, wyrzeźbione przez rzeki kaniony, Dolina Monumentów i kilka Parków Narodowych o zdumiewającym, malowniczym krajobrazie... Takich rzeczy po prostu nie da się zapomnieć;). Ostatniego dnia pobytu w najsławniejszym mieście Kalifornii spotkaliśmy się z Moniką i Hubertem - dwójką znajomych, którzy tak samo jak my, pracowali przez dwa miesiące na campie dla amerykańskich dzieci, jednak w zupełnie innych stanach. Punktem zbiórki było SFO - czyli międzynarodowe lotnisko w San Francisco, gdzie po znalezieniu odpowiedniego terminala, udaliśmy się do wypożyczalni samochodów. Nasza Toyotka Corolla już na nas czekała. Ku zdziwieniu całej ekipy otrzymaliśmy jednak... auto o 10 lat młodsze niż zarezerwowaliśmy przed przyjazdem. Powód? Nikt go ściśle nie określił, ale najprawdopodobniej nasza wypożyczalnia wynajęła model z 2004 roku komuś innemu... Ich błąd, nasza korzyść. Nie musieliśmy nawet nic dopłacać, a auto wyposażone było w dodatkowy GPS, którego również nie zamawialiśmy przed podróżą;). Pierwszy etap tripu po opuszczeniu SF to jazda wzdłuż Pacyfiku. Po drodze tylko na chwilkę zatrzymywaliśmy się na sesje zdjęciowe w: Santa Cruz, Santa Barbara, Malibu i Santa Monica. Przeżyliśmy również wspaniały rejs po rozszalałym, bujającym całą łodzią Oceanie Spokojnym w uroczej miejscowości o nazwie Monterey. Wspaniały pokaz skaczących za burtą wielorybów i delfinków wynagrodził jednak trudy podróży (łatwo o "chorobę morską", nie wierzyłam dopóki zrezygnowana nie sięgnęłam po tabletkę :D). Pod spodem kilka zdjęć mijanych przez nas po drodze miejscowości. Bajkowe widoki, wspaniały klimat i niezapomniane wrażenia! Yay!!!


 Santa Barbara
 Santa Barbara
 Monterey
 Santa Monica (znana ze "Słonecznego Patrolu")
Santa Monica
Gdzieś na drodze do Santa Cruz

Podczas trwającej trzy tygodnie wyprawy niejednokrotnie zatrzymywaliśmy się na  nocleg na zarezerwowanych uprzednio campingach. Niektóre z nich znajdowały się nawet wysoko w górach, wśród buszujących dookoła niedźwiedzi, węży i pająków... Pewnie umarłabym ze strachu, gdybym miała spędzić tam noc samotnie.

Jednym z dłuższych przystanków na trasie wiodącej przez 4 stany (Kalifornię, Arizonę, Utah i Nevadę) był Park Narodowy Wielkiego Kanionu Kolorado. Co istotne, kanion zlokalizowany jest w stanie Ariozna, a nie jak myśli wielu ludzi, w Kolorado. Jego nazwa pochodzi od rzeki, która uformowała kanion, a przepływa również przez Arizonę. Pierwszy nocleg spędziliśmy na campingu, zlokalizowanym na terenie parku. Warto dodać, iż przed przyjazdem musieliśmy się postarać o specjalny permit, czyli pozwolenie na nocleg, które gwarantowało nam zarezerwowane na campie miejsce. Sytuacja powtórzyła się również drugiego dnia naszego pobytu na terenie kanionu. Po rozbiciu namiotów na samym jego dnie, w przeznaczonym dla nas miejscu, rangersi (czyli strażnicy parku) sprawdzali nasze pozwolenia. Przed wjazdem na obszar parku, w Visitor Center, musieliśmy natomiast okazać tzw. annual pass, czyli roczną wejściówkę, która umożliwia wjazd na teren wszystkich Parków Narodowych w USA. Jej nabycie nie jest koniecznością, niektórzy kupują zwykłe wejściówki, jednak skorzystanie z takiej opcji (szczególnie jeśli annual pass odkupuje się od kogoś na portalach typu "Allegro") znacznie obniża koszty podróży. Pierwsza noc "na górze" bardzo dała nam się we znaki. Z zimna nie mogliśmy zasnąć, twarde podłoże uniemożliwiało zmrużenie powiek, a świadomość pobudki o 4 rano spowodowała, iż niektórzy z nas, przenieśli się spać do auta ;). O wczesnym świcie (w sumie było jeszcze ciemno) złożyliśmy namioty i postanowiliśmy zabrać się za pakowanie plecaków. Gdy wszystko było już gotowe, Monika zawiozła nas na parking, a stamtąd wszyscy zostaliśmy przetransportowani shuttle busem na skraj kanionu. Zejście na dół zajęło kilka godzin - do przejścia ok. 12 mil. Po dwóch godzinach przerażającego zimna, zza chmur wreszcie wyjrzało ogrzewające słoneczko. Temperatura szybko sięgnęła ok. 40 kresek w skali Celsjusza. Przed wyprawą zapoznaliśmy się z zaleceniami dotyczącymi wędrówki, w których radzono wypić ok. 6 l wody... Kto by tyle zmieścił? Mój podstawowy błąd polegał na tym, że nie posłuchałam zaleceń i w efekcie zaczęłam cierpieć na odwodnienie, co zaskutkowało niemalże omdleniem ;p. "OK", na następny raz będę słuchać dobrych rad i Wam też to zalecam. Uczcie się na błędach innych;). Stopniowo schodząc w dół, można było zaobserwować kilka warstw Wielkiego Kanionu, które świetnie ukazywały przekrój geologicznych procesów, zachodzących tu na przestrzeni milionów lat. Przepiękna gra świateł i kolorów, poszarpane skały, wąskie strome ścieżki, wiodące pomiędzy jego ścianami, na długo pozostaną w mojej pamięci. Z całą pewnością to miejsce jest warte swojego wpisu na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO...



















Jedyne czego brakowało nam na dnie to... prysznic... Niestety musieliśmy się zadowolić małym kranikiem. Prawdziwy backpacking;). Widoki wynagrodziły wszystko:), a noc tym razem spędzona była w całkiem przyjemnych warunkach - wysoka temperatura i miękki piasek spowodowały, iż można się było poczuć jak na plaży. Następnego dnia czekała nas droga powrotna na sam szczyt. Pobudka ponownie o 4 rano, a następnie kilka godzin wspinania się na górę. Daliśmy radę, choć z wykończenia pod koniec dnia (uwaga...nocleg w motelu!!! LUKSUS :D!) padliśmy jak małe dzieci. Trzeba było zebrać siły na dalszy etap podróży kolejnego dnia. A gdzie poprowadził nas GPS po przygodnie z kanionem...? O tym w następnym wpisie:).

Buziaczki dla moich Czytelników

S






Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Malaga i okolice Costa del Sol - chłonąc andaluzyjskie klimaty...

Długi weekend w Trójmieście - jesień nad polskim morzem!

Granada - śladami kultury mauretańskiej