New York, New York I love you! ;**

Witajcie po mojej baaardzo długiej nieobecności... Miałam pisać na bieżąco, ale niestety muszę to zrobić z perspektywy czasu. Praca z dziećmi na obozie wymagała stałego poświęcenia, niemal  24 h/dobę, dlatego też nie udało mi się znaleźć ani chwili na stworzenie nowego posta. Gdy zdarzył się już jakiś dzień wolny zwyczajnie wolałam go poświęcić na aktywny odpoczynek: rowerowe wycieczki, bieganie oraz skontaktowanie się z rodziną, z którą relacje też były nieco zaniedbywane. Praca na campie stawiała przede mną liczne wyzwania i cieszę się, że mogłam się sprawdzić w różnych warunkach oraz odkryć swoje słabe i mocne strony. Życie za granicą wygląda zupełnie inaczej niż w kraju i zdecydowanie nabiera tempa... Mam wrażenie, ze przez te niemal 4 miesiące wydarzyło się więcej niż przez całe 23 lata mojego życia ;). Wiele rzeczy sprawiło, iż na niektóre sprawy mam teraz inny pogląd niż przed wyjazdem. Podróże kształcą, na pewno pozwalają lepiej poznać siebie i swoje możliwości, a właściwie czasami stawiają pytanie : "Kim tak naprawdę jestem?". Nie zrozumie tego nikt, kto nie wyjeżdża z kraju i nie mam tutaj na myśli wycieczek wykupowanych w biurze podróży, bo wtedy można jedynie na chwilę zetknąć się z daną kulturą... Aby poznać życie mieszkańców i czegoś się nauczyć, trzeba wybrać się w dłuższą podróż dlatego, kochani, gorąco zachęcam Was do wszelkich wyjazdów typu: "Erasmus" czy "Camp America", w którym brałam udział w te wakacje. To zdecydowanie najlepsza szkoła życia:). Wracając na chwilkę do mojej pracy, jej zdecydowanie najwspanialszym aspektem była praca z maluchami! ;) Dzieci potrafią się wspaniale odwdzięczyć za poświęcony im czas.  Rzucają się na szyję, przytulają, pytają czy wrócisz tu pracować za rok, śmieją się i zaczepiają... ;D To takie miłe...  Nie zliczę, ile dostałam hugów od tych małych (i większych też) szkrabów ;). Już za nimi tęsknię. To największa pochwała mojej pracy. Po 2 miesiącach spędzonych na campie przyszedł czas na Road Trip po USA. Udało mi się zwiedzić aż 5 stanów, z czego relacje opublikuję na blogu. Dziś czas na Nowy Jork. To tętniące życiem miasto wywarło na mnie chyba największe wrażenie:). Zapraszam do czytania i komentowania! ;)

Nowy Jork był pierwszym etapem naszej podróży. Spędziłam w nim tylko 3 dni, ale to w zupełności wystarczyło, żeby się zakochać;). Gwar, zatłoczone ulice, rozbłyskający kolorowymi neonami Times Square, Broadway, na którym jeszcze kiedyś zatańczę ;)... sprawiły, że do kraju przywiozłam stamtąd same pozytywne wspomnienia. Dnie aktywnie spędzałam na poznawaniu miasta, ekspolorowaniu wszystkich jego tajemniczych i pełnych uroku zakątków, zaś noce w niewielkim hostelu położonym na brookyińskim China Town ;). Jedyną wadą takiej lokalizacji był ponad czterdziestominutowy dojazd do Manhattanu, jednak nie stanowiło to dużego ograniczenia:) Pierwszym etapem naszej wycieczki po NYC była dzielnica zamieszkiwana przez polonię, czyli Greenpoint. Znalezienie polskich produktów w rodzimym sklepie, po 2 miesiącach konsumowania amerykańskiego badziewia, sprawiło nam nieopisaną radość ;).




Wieczorem postanowiliśmy przejechać się do centrum. Wspaniała architektura Nowego Jorku zapiera dech w piersiach. Jedynym słowem, które udało mi się z siebie wydobyć, po wjechaniu na Empire State Building - najwyższy budynek w Nowym Jorku, było: "Wow!". Wykrzyczałam to kilka razy i zaczęłam skakać jak opętana. Niektórzy dziwnie na mnie spojrzeli, inni uśmiechnęli się ze zrozumieniem i od razu poczułam, że nie tylko ja zwariowałam, widząc taką panoramę...


Panorama z Empire State Building - Świat należy do mnie! ;)

Empire postanowiliśmy zwiedzić w pierwszy dzień naszego pobytu w NYC. Była to jedna z atrakcji, na którą czekałam najbardziej. Widoku ze szczytu nie da porównać się z niczym innym...Urzeczona blaskiem nigdy niezasypiającego Nowego Jorku nie chciałam wracać na dół;). Świadomość, że planujemy się wybrać na nocną przechadzkę po centrum Manhattanu i zobaczyć magicznie oświetlone reklamowymi bilbordami Times Square przekonała mnie jednak, że warto zjechać z powrotem :D. 

Times Square nocą
I dla porównania w dzień ;)


Kolejny dzień w New York City upłynął nam na podróży na Liberty Island, gdzie znajduje się jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta - Statua Wolności. Obiekt wpisany jest na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i został zaprojektowany przez Frederica Augusta Bartholdiego oraz Gustawa Eiffla, odpowiedzialnego za stworzenie konstrukcji. Aby przybliżyć krótko historię wspomnę tylko, że pomnik został podarowany USA przez rząd francuski w stulecie uchwalenia Deklaracji Niepodległości. Został wybudowany we Francji, a następnie przekazany amerykańskiemu ambasadorowi w Paryżu, skąd przetransportowano go statkiem do Nowego Jorku, po rozmontowaniu na części. Niestety nie udało nam się wjechać na szczyt statui... rezerwacje zrobione są aż do listopada (!). Ciekawostką może być fakt, iż zdaniem niektórych pomnik w rzeczywistości wygląda na dużo niższy niż na zdjęciach... Ja nie miałam jednak takiego wrażenia ;).



Symbol wolności Stanów Zjednoczonych


Dzień nr II był zdecydowanie najaktywniejszym. Po krótkiej podróży do Statui Wolności zdecydowaliśmy się na wycieczkę po Manhattanie, gdzie do zobaczenia pozostała nam jeszcze słynna Wall Street z siedzibą nowojorskiej giełdy. Niestety w sobotę była nieczynna, ominął nas więc charakterystyczny dla tego miejsca tłok i hałas z widokiem podążających do pracy "białych kołnierzyków". 





Z Wall Street blisko już było do Ground Zero, czyli Memorialu World Trade Centre... Wywarło to na mnie nieco przytłaczające wrażenie...


A tutaj nowe World Trade Centre w budowie...



Obowiązkowym punktem wycieczki było też odwiedzenie Tiffany'iego, do którego zawitałam na śniadanie ;)



Wieczorem zaś uczta zakupoholiczki... ;D Dzień wcześniej przeszliśmy połowę 5th Avenue w poszukiwaniu znanych markowych sklepów... nie udało się, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu :(Znaleźliśmy dopiero drugiego dnia podczas...zwiedzania Rockeffeler Centre. Jednak 5th Avenue jest trochę dłuższa niż początkowo myślałam ;). Podziwiam i dziękuję P. za wytrwałość. Dzielnie robił mi zdjęcia w różnych ujęciach przed każdym napotkanym sklepem ;D.



Całą drogę zastanawiałam się, czy zakupy w H&M na 5th Avenue również liczą się jako zakupy na 5th Avenue... :D Kiedyś nie będę miała takich dylematów, bo najzwyczajniej w świecie będzie mnie stać, żeby sobie pójść do Gucci :D.

Ostatni punkt wycieczki to Rockefeller Centre, który również wywołał we mnie "efekt WOW".



A tutaj oryginalny sklep "LEGO" i przeniesienie się w świat słodkiego dzieciństwa.



Rockeffeler Centre zbudowane z klocków LEGO


Dzień III spędziliśmy zaś na spacerowaniu po Central Parku i czerpaniu radości z bliskiego kontaktu z naturą. Niestety Zoo było stanowczo za drogie, biorąc pd uwagę atrakcje, które były oferowane turystom, z tego też względu zdecydowaliśmy się jedynie na obejście parku dookoła.

A tutaj polski akcent - pomnik króla Władysława Jagiełły (większy niż we Wrocławiu...)

Spacer po Central Parku był niestety ostatnim celem naszej wycieczki po mieście..., z bólem serca rozstałam się z Nowym Jorkiem. To ogromne, olśniewające i tętniące życiem miasto bardzo przypadło mi do gustu. Przed wyjazdem nasłuchałam się nieprawdziwych informacji na jego temat i chyba dzięki temu byłam tak pozytywnie zaskoczona. Moja rada na przyszłość dla podróżujących: nigdy nie bierzcie sobie do serca opinii innych na dany temat, rzeczywistość może wszystko zweryfikować, zarówno w pozytywną jak i negatywną stronę. Po prostu nie nastawiajcie się na nic. Wybierając się w podróż, jedźcie w konkretne miejsce z "białą niezapisaną kartką papieru", którą po powrocie zapełnicie wspomnieniami. Ja po wylocie z NYC zamalowałam swoją wszystkimi kolorami tęczy :D. Jeśli tylko będę miała taką możliwość, jeszcze kiedyś tu wrócę.







Komentarze

  1. Piękne fotki i obszerna relacja. Miło było odwiedzić Twój blog. Z pewnością jeszcze tu wrócę. Pozdrawiam monikaturemka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Miło słyszeć, że ktoś czyta i się podoba;). A ja odwiedzam Twój blog;).

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Malaga i okolice Costa del Sol - chłonąc andaluzyjskie klimaty...

Długi weekend w Trójmieście - jesień nad polskim morzem!

Granada - śladami kultury mauretańskiej